King's quest IV: the perils of Rosella - ocena użytkownika

ODPOWIEDZ

Co sądzisz o grze?

10. Idealna pod każdym względem
0
Brak głosów
9. Prawie doskonała
0
Brak głosów
8. Świetna z małymi niedociągnięciami
0
Brak głosów
7. Dobra, ale czegoś jej brakuje
1
50%
6. Mogłaby być troszkę lepsza
1
50%
5. Niczym specjalnym się nie wyróżnia
0
Brak głosów
4. Więcej wad niż zalet
0
Brak głosów
3. Mogło być jeszcze gorzej
0
Brak głosów
2. Kiepska, to mało powiedziane
0
Brak głosów
1. Szkoda pieniędzy i zachodu
0
Brak głosów
 
Liczba głosów: 2

Awatar użytkownika
pelagia
Moderator
Posty: 2429
Rejestracja: 03 stycznia 2012, 20:28
Lokalizacja: Poznań
Podziękował(a): 5 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 6 razy
Płeć:

King's quest IV: the perils of Rosella - ocena użytkownika

Post autor: pelagia » 20 kwietnia 2012, 11:26

Obrazek

Mile widziane uzasadnienie oceny

qwerty
Publicysta
Posty: 1192
Rejestracja: 28 lutego 2012, 15:45
Otrzymał(a) podziękowania: 9 razy
Płeć:

Re: King's quest IV: the perils of Rosella - ocena użytkownika

Post autor: qwerty » 13 września 2013, 23:45

Ciężko porównać tytuł, który jest przedstawicielem przygodówek wykorzystujących interakcję z grą poprzez wpisywanie komend z klawiatury, z innymi częściami serii, gdy w pozostałe grało się za pomocą myszy. Tak, tak, części 1-3 mają remake'i point'n'click. Dlatego tego nie zrobię. Postaram się ogólnie opisać moją przygodę z niniejszą produkcją.

Jako że nie mam dużego doświadczenia (praktycznie to prawie żadne) z grami tekstowymi lub wykorzystującymi linię komend, obawiałem się tej gry. Dlatego też wiedząc, że jest kilka firm/grup/pasjonatów, które podjęły się karkołomnego (no, bez przesady) zadania przystosowania tytułu do obsługi gryzonia (+ grafika VGA), postanowiłem poczekać na finalny produkt. Czekałem i czekałem. No i się nie doczekałem. Zdecydowałem się zaryzykować i odpaliłem wersję SCI (z ładniejszą grafiką). Przyznam, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Gra okazała się dość przyjemną produkcją i wcale tak nie wymagającą, jak by się można było spodziewać. Oczywiście, żaden tytuł Sierry (przynajmniej z lat 80. i wczesnych 90.) nie mógł być pozbawiony „nieuczciwych” zagrywek ze strony producenta, zwiększających szansę na sięgnięcie po płatny poradnik lub zadzwonienie do pomocy Sierra On-Line przez zagubionego gracza. Jednak do minusów przejdziemy później.

Jak zapewne wiecie (albo i nie) poprzednia część skończyła się w momencie, kiedy król Graham świadom swojego podeszłego wieku rzuca swoim pociechom czapkę podróżnika (ta osoba, która ją złapie zostanie poszukiwaczem przygód). Nieoczekiwanie całą „ceremonię” przerywa atak serca (w uproszczeniu) króla. Zbiegiem okoliczności Rosella, córka władcy, dowiaduje się o cudownym jabłku, które ma czarodziejską moc uzdrawiania. Decyduje się opuścić królestwo w poszukiwaniu tegoż. Tyle wstęp. Przejdźmy teraz do konkretów.

Fabuła jak na fantasy jest dość przyjemna, nie nudzi, ale też jakoś specjalnie nie porywa. Tak jak w poprzednich częściach Roberta Williams wykorzystała całą gamę baśni/mitów i w grze możemy spotkać Pana, Amora i inne postacie znane z książek. Grę obsługuje się za pomocą klawiatury. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobre, bo można poćwiczyć język angielski. Linia komend ma bogate słownictwo i rozpoznaje wiele synonimów. Złe, bo czasami musimy przeprowadzić bohaterkę po wąskich schodach i nie raz zdarzy nam się z nich spaść i w konsekwencji zginąć. Wspinaczka po języku wieloryba też może niektórych przyprawić o siwiznę. Na minus trzeba policzyć także to, że czasami (na szczęście bardzo rzadko – chyba tylko raz na całą grę) wpisana komenda zadziała tylko wtedy, gdy stanie się w odpowiednim miejscu
Spoiler:
Nietrudno w grze zaciąć się na amen (czytaj: wjechać w ślepą uliczkę, z której można wyjść, jedynie wczytując jeden z wcześniejszych sejwów). Jest kilka miejsc, gdzie można się dostać bez wymaganego przedmiotu, a potem nie ma jak wyjść. Na szczęście nie dotarłem w tej produkcji do żadnego dead-endu, ale czytałem, że niektórzy tak.
Spoiler:
Te dwa przykłady przypominają o niezwykle frustrujących momentach w grze, których szczęśliwie uniknąłem. Wygląda na to, że sukces przy łowieniu jest generowany losowo, niektórzy zarzucali wędkę kilkadziesiąt (!) razy. Mi się udało za pierwszym. Farciarz jestem :D Podobnie sprawa wyglądała z wielorybem, którego niektórzy szukali przez pół miesiąca (czasu rzeczywistego, nie gry). Podobnie jak z rybą, nie miałem z jego znalezieniem żadnych problemów. Zdobycie zaczarowanego medalionu (o którym gracz, a tym bardziej bohaterka nic nie wie) ma nieoczywiste rozwiązanie.
Spoiler:
Na koniec została jeszcze jedna rzecz: LIMIT CZASOWY. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że po 24h czasu gry pojawił mi się komunikat o nieudanym queście i śmierci ojca. Co ciekawe, jak się później okazuje przy “poprawnym” przechodzeniu gry, docierasz z życiodajnym owocem do ojca grubo po 24h. Twórcy są trochę niekonsekwentni. Wróćmy do limitu czasowego. W grze jest podział na dzień-noc, i niektórych rzeczy nie można zrobić w dzień, innych w nocy (np. pogadać z wędkarzem, bo śpi). Czasu zwykle jest sporo, ale jak ktoś łazi sobie bez celu po wyspie (albo zrobi sobie obiad, nie wyłączając gry), może się później nieprzyjemnie zaskoczyć. Generalnie koniec nocy równoznaczny jest z końcem gry. I trzeba zaczynać od nowa.

Podsumowania nie będzie :P

BTW: Zdobyłem 226/230 pkt.
Spoiler:
Ocena: 6+/10
Na tapecie:
Przygodówka: Space Bar / Professor Leyton and the Diabolical Box (NDS)
RPG: Final Fantasy (PSP)
Taktyczna: Front Mission (SNES)
Survival Horror: Silent Hill
FPS: Half-Life 2: Episode 2
Akcja: Little Nightmares: Secrets of the Maw
Logiczna: Babel Tower

ODPOWIEDZ

Wróć do „King's quest IV: the perils of Rosella”